Zbieramy materiały

Nieustająco poszukujemy materiałów - dokumentów, zdjęć, wspomnień... W ciągu kilku dni wykonujemy kopie, zwracając oryginalne pamiątki właścicielom. Jeśli jesteś w posiadaniu interesujących materiałów - prosimy o kontakt!

wspomnienia o mieście i ludziach

wspomnienia o mieście i ludziach

Zobacz też

co nowego w galerii:


Strona istnieje dzięki życzliwości autorów tekstów oraz wsparciu firmy


Strona głównaLudzie • Wspomnienia

wspomnienia

wspomnienia
Portret nauczyciela, czyli mozaika ze skrawków pamięci ucznia
Ludzie - wspomnienia
Wpisany przez Janina Wozińska   

(wspomnienia o nauczycielu - część 2.)

Odkąd pamiętam, w wołomińskiej „Jedynce” uczyła pani Krystyna Kwapiszewska. Entuzjazm i pogoda ducha z jaką wykonywała swą profesję, były zjawiskiem niezwykłym, choć wówczas, my – uczniowie, pewnie nie do końca zdawaliśmy sobie z tego sprawę i nie zawsze potrafiliśmy to docenić. Uczyła mnie od klasy piątej, a w szóstej i siódmej była również wychowawczynią. Kiedy po wielu latach wspominam swoją edukację pod „opiekuńczymi skrzydłami” pani Kwapiszewskiej, mogę stwierdzić, że miałam dużo szczęścia. Podobnie jak wszyscy ci, którzy wcześniej lub później trafili do klasy, którą uczyła… Była, choć to określenie może dzisiaj niemodne, człowiekiem renesansu. Z równą swobodą wykładała historię, geografię, uczyła gramatyki, literatury i rysunków. Dowiedzieliśmy się, że zna również łacinę i chyba grekę. Potrafiła pięknie, barwnie i fascynująco opowiadać. Nigdy potem nie spotkałam nikogo, kto czyniłby to w tak zajmujący sposób. Godzina wychowawcza po załatwieniu bieżących spraw, była niekończącą się opowieścią… w odcinkach. Trwała ona zwykle wiele tygodni, a czasami dłużej. Czekaliśmy z utęsknieniem na kolejną lekcję, aby posłuchać z otwartą buzią ciągu dalszego. O czym były te opowieści? Na bajki jako piąto czy szóstoklasiści byliśmy za starzy. Była więc mitologia – w końcu przecież tak samo bajki, tyle że starożytne, w które wtedy święcie wierzyliśmy! Z wielką ekspresją, zmieniając barwę głosu, pani snuła gawędy, a dzięki „serialowi”, jaki toczył się na lekcjach, wielu z nas polubiło historię… Po kolejnych opowieściach wszyscy tłumnie ruszyli do biblioteki szkolnej, aby zaczytywać się w „Przygodach Meliklesa Greka” - książce, która nie była lekturą! A jakie wrażenie na słuchaczach robiły historyczne opowieści? Otóż przy którymś odcinku „Rapsodii świdnickiej”, kiedy Bolkowi wypalano…(oszczędzę drastycznych szczegółów) nasza koleżanka zemdlała! Prawda, że było wówczas gorąco – dzień upalny i słoneczny – koniec maja albo początek czerwca. Mimo tłumaczeń, dlaczego zrobiło się jej słabo, my byliśmy przekonani o porażającym skutku tragicznych losów Bolka.

 
Magia słowa czyli… opowieści niezwykłe
Ludzie - wspomnienia
Wpisany przez Janina Wozińska   

(wspomnienia o nauczycielu - część 1.)

Całkiem niedawno trafiłam przypadkiem na stronę „Dawnego Wołomina”. Jej zawartość szczególnie w części poświęconej edukacji sprowokowała mnie do refleksji. Odżyły wspomnienia z lat szkolnych. Zaczęłam zastanawiać się, co z tamtych odległych czasów jeszcze pamiętam. Upłynęło wiele lat (prawie 38!), kiedy opuściłam mury Szkoły Podstawowej Nr 1. Cóż można pamiętać po tylu latach? To już historia! Przekonajmy się zatem…

 
O moim pryncypale
Ludzie - wspomnienia
Wpisany przez Zdzisław Wacław Michalik   

Dawno, dawno temu, bo jeszcze przed pierwszą wojną światową, w Wołominie, w restauracji zwanej "Pod Strzechą", odbywał się bankiet, fundowany przez właściciela garbarni – pana Bajera. Uczestnicy bankietu fetowali szefa grupy mechaników, którzy po mistrzowsku wykonali modernizację miejscowej garbarni. Jednym z uczestników imprezy suto zakrapianej alkoholem był pan Feliks Koprowicz, szef tej grupy właśnie. Po kilku toastach wzniesionych na cześć mistrza, jeden z uczestników bankietu zgłosił propozycję, aby pan Koprowicz związał się na stałe z Wołominem. Właśnie nadarza się okazja wprost wyśmienita, jest bowiem do sprzedania duży lokal sklepowy przy ulicy Kościelnej, w którym energiczny pan Feliks może osiągnąć handlowy sukces. Spożyty alkohol ułatwił podjęcie decyzji kupna lokalu i w ten sposób pan Koprowicz stał się właścicielem firmy "Sklep Polski Feliksa Koprowicza" w Wołominie.

 
Warszawa - Gibraltar - Wołomin
Ludzie - wspomnienia
Wpisany przez Ewa Barciszewska   

Wołominianinem jest dopiero od 13 lat. Mimo to w grudniu ub. roku uhonorowano go tytułem zasłużonego dla Wołomina. Po prostu nie pogodził się z emeryturą i po burzliwym życiu, kiedy los rzucał go w różne zakątki Europy, nie potrafi siedzieć bezczynnie przed telewizorem i po prostu odpoczywać.

Rozmowa z panem Zygmuntem Korwin - Sokołowskim jest jak wycieczka po kartach podręcznika historii. Przejrzyjmy razem choć kilka stron podczas krótkiej wycieczki...

 
Popioły i zgliszcza
Ludzie - wspomnienia
Wpisany przez Agata Bochenek   

W 20. rocznicę powstania Solidarności

W redakcji gościliśmy: Marka Kowalskiego, b. przewodniczącego Oddziału NSZZ Solidarność; Teresę Rogulską, b. wiceprzewodniczącą Komitetu Założycielskiego w Zakładach Stolarki Budowlanej "Stolbud"; Wiktora Miszczenkę, b. wiceprzewodniczącego Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność w "Gazomontażu", Jerzego F. Kielaka, b. wiceprzewodniczącego Tymczasowego Zarządu NSZZ Przedsiębiorstwa Poszukiwań Nafty i Gazu w Wołominie.

Ze strony redakcji w rozmowie uczestniczyli: Agata Bochenek i Marek Chrzanowski.

 
Afrykańskie Święta przez łzy
Ludzie - wspomnienia
Wpisany przez Jacek Milewski   

Pani Maria Sobolewska urodziła się w ostrołęckiem. Konkretnie w Wiźnie. Tak, tej samej Wiźnie, której bunkrów do końca broniła załoga kapitana Raginisa. Ale po Wrześniu '39 r. tereny te zostały włączone w skład ZSSR. Co Pani Maria zapamiętała z tego czasu?

A cóż może spamiętać dwuletnie dziecko?

Nic. Dokonujące się zdarzenia odtwarzała póżniej mozolnie z ułamkowych opowieści osób bliskich. Więc pierwszy z najbardziej znaczących faktów, czyli wywózka na Wschód. Zapoczątkował ją rodzinny dramat - trójce starszych dzieci udało się zbiec do ciotki. Eugenia i Bolesław Mielniccy wyjechali więc tylko z najmłodszą córeczką. Troska o pozostałą trójkę towarzyszyła rodzicom podczas całej tułaczki. A sama wywózka? Do transportu załadowano ich 20 czerwca 1941. czyli tuż... przed niemiecką ofensywą. Transport wlókł się niemiłosiernie, więc już wkrótce znalazł się w zasięgu Luftwaffe. Jazda pod bombami, wśród płonących transportów. Chaos. Krasnoarmiejcy potracili głowy. Jedni kazali wysuwać przez okienka ręce z powiewającymi, białymi chustami, że to transport cywilny. Inni do tych rąk strzelali, że niby chcą się zdradziecko poddać. Jakoś przejechali. Do Kazachstanu dotarli po... trzech miesiącach morderczej podróży. Pani Maria była już właściwie "spisana na straty". Wycieńczona głodem, w bydlęcym wagonie napchanym ludżmi, słabła i traciła wzrok. Jakimś cudem przeżyła.

 
Wspomnienia Nauczycielki
Ludzie - wspomnienia
Wpisany przez Emilia Chąchira   

Z Shanghaju (Chiny) Halina Gogul-Makuła trafiła do Wołomina, gdzie przez wiele lat była nauczycielką w LO im. Wacława Nałkowskiego. Podczas listopadowych obchodów z okazji 65 rocznicy powstania szkoły będzie można obejrzeć wystawę obrazów jej autorstwa.

Wspomnienia Nauczycielki
Z Shanghaju (Chiny) Halina Gogul-Makuła trafiła do Wołomina, gdzie przez wiele lat była nauczycielką w LO im. Wacława Nałkowskiego. Podczas listopadowych obchodów z okazji 65 rocznicy powstania szkoły będzie można obejrzeć wystawę obrazów jej autorstwa.
- Jak to się stało, że z Shanghaju trafiła pani do Polski?
- Mój tata w wieku 15 lat z malutkiej wsi na kielecczyźnie udał się do Starachowic. Podjął naukę w szkółce, która mieściła się przy parowozowni. By pozyskać fundusze na naukę, w parze ze szkołą szła praca. Parowozem przejechał przez całą Rosję znalazł się we Władywostoku. Tam wstąpił do szkoły morskiej dzięki czemu został mechanikiem okrętowym i podróżował po całym świecie. Trafił do Shanghaju gdzie poznał moją mamę (Rosjankę), która przyjechała do tego miasta na zaproszenie koleżanki. Tu moi rodzice poznali się i wzięli ślub. Po sześciu latach ich małżeństwa przyszłam na świat.
- Jak długo mieszkała Pani w Shanghaju?
- Przez 23 lata. Mieszkaliśmy w dzielnicy angielskiej. W domu rozmawialiśmy po rosyjsku, zaś poza nim po angielsku. W czerwcu 1941 roku zdałam maturę. Z tego okresu zachowałam wiele pamiątek i wspomnień. Sytuacja polityczna w kraju zmusiła nas do emigracji. Wyruszyliśmy w nieznane. Patriotyzm mego ojca zaprowadził nas do Polski.
- Nie znając języka trafiła Pani do Polski. Jak wspomina Pani ten początkowy okres?
- Tata całe życie marzył o Polsce. My, obie z mamą, nie potrafiłyśmy mówić po Polsku. W drodze z Shanghaju nauczyłam się kilku podstawowych słów: „przepraszam”, „dziękuję”, „dzień dobry”, „nie potrafię mówić po Polsku”. Nauczyłam się też liczyć do 100. Dotarliśmy do Gdańska. Miałam ambitne plany związane z Polską. Chciałam studiować kostiumologię, po czym wraz z mamą, która była krawcową otworzyć salon. Niestety rozczarowałam się. W Polsce nie było wtedy takiej szkoły. Pojechałam do Sopotu, gdzie mieściła się szkoła plastyczna. Mimo przeszkód językowych dostałam się na studia. Polskiego uczyli mnie znajomi i koledzy studenci. Dzięki ich pomocy mogłam się porozumiewać z innymi. Na początku posługiwałam się językiem na zasadzie „Kali jeść, Kali pić” uczyłam się wszystkiego od podstaw.
- Czyli została pani plastykiem?
- Nie. Plastykę studiowałam przez 2,5 roku. Fascynował mnie śpiew… Cały czas podśpiewywałam sobie. Pewnego dnia, jeden z kolegów zaprowadził mnie do szkoły muzycznej. Komisji spodobało się to co zaprezentowałam i zostałam przyjęta. Przez pewien czas studiowałam dwa kierunki. Musiałam wybrać pomiędzy muzyką a sztuką i wygrała muzyka. Ze względu na problemy zdrowotne, po czterech latach udałam się do szkoły muzycznej w Poznaniu, tam skończyłam ostatni rok średniej szkoły muzycznej. Następnie absolutorium z wyróżnieniem i na koniec dyplom. Byłam bardzo szczęśliwa ukochałam muzykę oraz śpiew i na tym też się skupiłam.
- A jak trafiła Pani do Wołomina?
- Do Wołomina zawitałam z mężem. Poznałam go w sanatorium w Zakopanem, gdzie przebywałam jeszcze podczas studiów. Po zakończeniu nauki wyszłam za mąż i osiadłam w Wołominie. Pracowałam przez siedem lat w handlu zagranicznym jako tłumaczka. Urodziłam dziecko i musiałam zrezygnować z pracy.
- A jak została pani nauczycielką w „naszym” liceum?
- Nie planowałam pracy w zawodzie nauczyciela. Pewnego dnia do mojego domu przyszła pani woźna ze szkoły mojej córki, która oznajmiła mi, że dyrektor „ogólniaka” wzywa mnie do siebie. Dyrektor Nasiadko, dowiedział się, że znam język angielski. Zaproponował mi pracę w charakterze nauczycielki tego języka, gdyż jedna z nauczycielek zrezygnowała z tego stanowiska na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego. Byłam pełna obaw czy dam sobie radę, nigdy nie uczyłam tak wielkiej grupy ludzi. Mimo to zgodziłam się i tak rozpoczęła się moja 14-letnia przygoda z LO przy ul. Sasina w Wołominie.
- Ale uczyła Pani nie tylko angielskiego…
- Zaczęłam uczyć również muzyki i to też dlatego, że nauczyciel tego przedmiotu zrezygnował z pracy. Jestem muzykiem z wykształcenia i od tej pory czułam się spełniona zawodowo. Jako nauczyciel muzyki pozyskałam dla szkoły instrumentarium muzyczne. Uczyłam 17 klas, chciałam by mieli kontakt z muzyką poważną. W czwartki zabierałam młodzież na koncerty do filharmonii. Po latach dziękowali mi za to. Udało mi się zaszczepić w nich sympatię do muzyki poważnej, po wielu latach spotykałam ich w tym miejscu z czego jestem bardzo dumna.
- Jak wspomina pani czas spędzony w I LO?
- Były to piękne czasy. Miałam kontakt z młodzieżą. Pracowałam w miłym zespole. W czasie mojej 14 letniej pracy w tej szkole 5 razy zmieniano dyrektorów. Różnie bywało, ale nie żałuję czasu spędzonego w murach tej placówki. Uczyłam wielu znanych mieszkańców Wołomina wśród nich między innymi był burmistrz Wołomina Jerzy Mikulski.
- Podczas uroczystości jubileuszowych, 7 listopada, zaprezentuje Pani swoje prace…
-Tak będzie można zobaczyć moje obrazy, gdyż nadal maluję nie zrezygnowałam z tego całkowicie. Dyrektor Krzysztof Milczarek zaproponował bym pokazała swoje prace innym. Być może moja sztuka zyska aprobatę, a to by mnie dowartościowało i uszczęśliwiło.
Rozmawiała Emilia ChąchiraZ Shanghaju (Chiny) Halina Gogul-Makuła trafiła do Wołomina, gdzie przez wiele lat była nauczycielką w LO im. Wacława Nałkowskiego. Podczas listopadowych obchodów z okazji 65 rocznicy powstania szkoły będzie można obejrzeć wystawę obrazów jej autorstwa.

- Jak to się stało, że z Shanghaju trafiła pani do Polski?

- Mój tata w wieku 15 lat z malutkiej wsi na kielecczyźnie udał się do Starachowic. Podjął naukę w szkółce, która mieściła się przy parowozowni. By pozyskać fundusze na naukę, w parze ze szkołą szła praca. Parowozem przejechał przez całą Rosję znalazł się we Władywostoku. Tam wstąpił do szkoły morskiej dzięki czemu został mechanikiem okrętowym i podróżował po całym świecie. Trafił do Shanghaju gdzie poznał moją mamę (Rosjankę), która przyjechała do tego miasta na zaproszenie koleżanki. Tu moi rodzice poznali się i wzięli ślub. Po sześciu latach ich małżeństwa przyszłam na świat.

 
Kronika szkoły nr 2 (żeńskiej) w Wołominie - rok 1936
Ludzie - wspomnienia
Wpisany przez Jadwiga Markowska   

dwojka_1 Sądzę, że rok 1936 będzie miał prawo zapisać się na łamach historii tak ogólnoświatowej, jak i poszczególnych narodów. Dzieją się rzeczy, które znamionują nową erę ludzkości. Jednakże, gdy zastanowić się głębiej nad istotą tego, co spostrzegam przykładając do tego moją miarę rozumienia życia i historii, trochę obawiam się, że ta zapowiedziana era, to tylko powracająca fala czegoś dawnego, znanego i właściwie dla istoty życia ludzkiego mało ważnego. Wielkie - nie wiem, czy tak - ale głośne i... nowe słowo "totalizm" jest znamieniem idących czasów.

 
Wizyta Zofii Nałkowskiej w Wołominie
Ludzie - wspomnienia
Wpisany przez Zofia Nałkowska   
Nalkowska_6 Samochód się spóźniał. Minęła pierwsza trzydzieści, później druga i jeszcze druga trzydzieści. I chyba także trzecia. Genia [Goryszewska] zatelefonowała do Wołomina 18, do tej obywatelki Haberkowej [...]. Już jechał. Zepsuł się w czasie porannego objazdu terenu przez sekretarkę Partii. Ale jest naprawiony. Jest w nim Haberkowa. [...] Praga. Miejsce dawnego spalonego dworca Wileńskiego, skąd od dzieciństwa szły pociągi do Wołomina. [...]
Wreszcie jest coś znajomego. O, tu stała buda Fiszerów, którą przenosili ze sobą jak kuferek. Tu był dom Terechowa (Fersena). Jeszcze jest, ale inny. Wjeżdżamy w drogę leśną bez drzew. Jasno, przewiewnie, nago. Dom Okoniów (Brackich) jest. Ale ani śladu Wasiaków (Dziobaków) ani Siennickich (Fuśniaków). Pusto. Duży samochód bez wysiłku wdrapuje się na tę drogę, którą między wysokimi, ciemnymi sosnami jeździłam na [koniu] Pomidorze. Jest dom niczym nie osłonięty, zmieniony. Jakieś chorągwie i delegacje. Młodzież ze szkół z kwiatami. [...] Dużo osób.
 
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 następna > ostatnia >>

Strona 1 z 4
 
Joomla 1.5 Templates by Joomlashack